Chcesz być do wszystkiego, a jesteś do niczego? A może to jest właśnie Twój atut? – Joanna Pachla – wyrwanezkontekstu.pl

Nie zliczę już dzisiaj, ile razy słyszałam to hasło. Że jak coś jest do wszystkiego, to jest do niczego – także w kontekście drogi zawodowej i konieczności wyboru jednej słusznej specjalizacji. I rzeczywiście, jeśli przyjrzeć się temu przez chwilę, to można by odnieść wrażenie, że nawet ma to sens. Przecież jeśli urodziło mi się dziecko i szukam fotografa, który upamiętni nasze pierwsze wspólne chwile, to czy wybiorę jednego spośród dwudziestu w mieście, którzy po prostu robią zdjęcia? Paszportowe, produktowe, rodzinne, ślubne?

Czy może od razu zadzwonię do tego, który specjalizuje się w sesjach noworodkowych? Niby to fotograf, i to fotograf. Ale przecież to ten bardziej wyspecjalizowany będzie miał doświadczenie w pracy z dziećmi. Skoro wybrał taką ścieżkę, to zapewne też je… lubi. A to – choć niezwykle ważne – nie zawsze jest oczywiste. Co więcej, to on najpewniej będzie dysponował odpowiednio przygotowanym studiem oraz całą masą rekwizytów i dobrych pomysłów na to, jak z tej wiecznie śpiącej, średnio urodziwej i pomarszczonej jeszcze kulki zrobić na zdjęciu najpiękniejsze dziecko na świecie.

To z kim my właściwie gramy?

Podobnie jest z dziennikarzami. Czy jeśli chcę przeczytać fachowe, merytoryczne i ciekawie napisane komentarze odnośnie zbliżających się mistrzostw piłki nożnej, to czy sięgnę po dziennik, w którym poświęcono im zaledwie pół kolumny? Czy uwierzę dziennikarzowi, który tego dnia wypluł swój tekst razem z morzem innych? Czy jego opinia rzeczywiście będzie poparta rozległą wiedzą, czy raczej wymuszona kolegialną decyzją i zbliżającym się deadline’em? No właśnie.

Jeśli rzeczywiście szanuję swój czas i pieniądze, od razu postawię na kogoś, kto uprawia nie dziennikarstwo jako takie, ale właśnie – dziennikarstwo sportowe. Bo przecież ze wszystkim jest na bieżąco, bo śledzi te tematy od lat. Bo przed każdym wieczornym meczem zdoła wymienić pełny skład , a nie – jak pierwszy lepszy dziennikarz „ogólny”, zapyta zdziwiony: to z kim my właściwie gramy?

No i teraz uwaga. Jaki z tego nasuwa się wniosek? Ano taki, że siostro, bracie – biegiem po specjalizację! Natomiast pewnie wiecie, jak to jest ze zbyt szybko wyciągniętymi wnioskami. Równie szybko okazują się nie do końca prawdziwe. Ale zanim porozmawiamy o tym, dlaczego specjalizacja bywa zgubnym rozwiązaniem, spójrzmy na jej rzeczywiste plusy.

Trzy argumenty na „tak”

Po pierwsze, specjalizacja pozwala doskonalić tylko jedną umiejętność i zdobywać wiedzę w wąskim, ale bardzo konkretnym obszarze. Jako przykład weźmy tłumacza. Wyobraźcie sobie, że w ramach pracy doktorskiej popełniliście doskonały artykuł i teraz chcecie przetłumaczyć go na język angielski. Tytuł publikacji? „Redukcja drgań poliharmonicznych w moście podwieszonym”. Od razu uprzedzam: tak, to autentyk. Właśnie takie zlecenie dostał kiedyś mój znajomy, który jest tłumaczem. Czy się go podjął? Tak, za astronomiczną stawkę. Bo jako jeden z nielicznych na swojej uczelni wyspecjalizował się w angielskim technicznym. To nie jest tak, że nikt inny nie chciałby się tego zlecenia podjąć. Ale tylko on jeden potrafił.

Po drugie, jeśli zaczynasz się w czymś specjalizować, szybko możesz być postrzegany jako ekspert. Przykłady? Weźmy te ze środowiska blogerskiego. Jeśli potrzebuję porady z zakresu prawa dla kreatywnych, od razu wiem, że udzieli mi jej Wojciech Wawrzak z bloga praKreacja. Jeśli nie umiem się zorganizować – biegnę do Oli Budzyńskiej, czyli Pani Swojego Czasu. Kiedy pokonuje mnie chaos w garderobie – z pomocą przyjdzie Ania Legenza, znana jako Niebałaganka. A kiedy wreszcie postanowię zadbać o domowy budżet – nikt mnie do tego tak nie przygotuje, jak Michał Szafrański z bloga Jak oszczędzać pieniądze.

Widzicie? Za każdą z tych osób stoi bardzo konkretna działka. Nie są po prostu blogerami, nie piszą o wszystkim i o niczym, ale mają bardzo konkretnie określoną dziedzinę, w której od początku, konsekwentnie, są ekspertami. Właśnie dlatego, że nie rozmieniają się na drobne, ale uczą innych tego, co sami potrafią robić naprawdę dobrze.

No i po trzecie, stawiając na specjalizację, nie musisz tracić czasu i energii na rzeczy, które Cię nie interesują. Jesteś świetnym copywriterem tak długo, jak długo trzeba wymyślać hasła reklamowe, ale wysiadasz w momencie, kiedy ktoś zleca Ci napisanie instrukcji obsługi pralki, do tego na trzy różne sposoby? A może jesteś fotografem, który najchętniej uwieczniałby same śluby, a dostaje gęsiej skórki na samą myśl o sesji produktowej, w której główną rolę odgrywa kanapka z ogórkiem?

Albo jeszcze inaczej. Jesteś tak dobrym męskim fryzjerem, że Twoją podobiznę na klacie nosiłby nawet David Beckham, ale w popłochu zamykasz drzwi do salonu, ilekroć odwiedza go Twoja emerytowana sąsiadka z prośbą wykonania gołębiej płukanki? Cóż. Są zadania, których możesz nie lubić. Jeśli w jednej rzeczy czujesz się lepiej, niż w drugiej, to po prostu na niej się skupiasz, a od innych odcinasz. Na tym właśnie polega specjalizacja.

A teraz uwaga, bo zderzamy się ze smutną rzeczywistością

To jak, uwierzyłeś już, że nie ma nic lepszego od specjalizacji? To teraz mocno trzymaj się krzesła. Bo wąska specjalizacja to też często… wąska grupa odbiorców. Jak myślisz, ile osób dziennie potrzebuje tłumaczenia z zakresu budowy mostów? Ile dzieci rodzi się w Twoim mieście i ilu z ich rodziców decyduje się na sesje noworodkowe? Ile osób docenia dziś prawdziwe, rzetelne dziennikarstwo sportowe?

No właśnie. Zresztą, wystarczy spojrzeć na rynek pracy. Myślisz, że potencjalny pracodawca prędzej wybierze sekretarkę, która wyspecjalizowała się w Excelu? Czy też taką, która poza nim ogarnia angielski, świetnie porusza się w social mediach, a do tego przeszła pięć kursów dla baristów i dzięki temu parzy najlepszą na świecie kawę?

Pamiętaj więc, że specjalizacja to nie tylko możliwości – to także ograniczenia. Mniejsze pole do działania to także mniejsza liczba klientów. Mniejsza liczba klientów to mniejsze pieniądze. A mniejsze pieniądze – to mniejsza motywacja do dalszej pracy. Słowem: przepis na wypalenie zawodowe albo chociaż solidnego doła masz tu murowany. Dlatego jeśli mogłabym coś doradzić, to byłaby to… otwartość. Chcesz, to się specjalizuj, ale nie zamykaj. Rób to, co kochasz, ale nie bój się robić więcej. Miej zawsze nie tylko plan A i B, ale na tyle otwartą głowę, by zabezpieczyć się nawet do Z.

Dzisiejszy rynek pracy jest zresztą na tyle dynamiczny, że nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, czy lepsza jest specjalizacja, czy jednak wszechstronność. Jeszcze chwilę temu wszyscy opowiadalibyśmy się za tą pierwszą. Teraz zaczynamy rozumieć, że mało kto wybiera sobie dziś jedną pracę na całe życie. Sama byłam kelnerką, copywriterką i dziennikarką, dzisiaj jestem blogerką. Czy to znaczy, że za rok albo dwa nie zostanę fotografką albo wedding plannerką? Nie wiem, nie zamykam się, zobaczę, co przyniesie los. Nie analizuję tego, czy powinnam być wyspecjalizowana, czy nie. Ale staram się być na tyle elastyczna, żeby pracę móc zmienić zawsze.

Dlatego Ty też rób swoje i przestań zastanawiać się, czy powinieneś być wyspecjalizowany, czy może jednak wszechstronny. Bo to jak z odwiecznym dylematem, czy fajniejsze są psy, czy może jednak koty.

Joanna Pachla – z wykształcenia filolog, krytyk i dziennikarz. W styczniu 2014 roku założyła bloga wyrwanezkontekstu.pl. Prywatnie kocha polskie kino, literaturę najnowszą i Warszawę. Marzenia? Żyć wolno, umrzeć staro i być maksymalnie szczęśliwą.
 
Komentarze

Brak komentarzy.

Zostaw odpowiedź